Bądź GIRLBOSS

Właśnie skończyłam oglądać trzynasty, ostatni dostępny na Netflixie odcinek „Girlboss”, którego premiera była w piątek, 21 kwietnia 2017r. Jest to autobiograficzny serial o właścicielce znanej na całym świecie modowej marki „NastyGal”.

Ponad rok temu przeczytałam jej książkę „Szefowa” i do teraz jest to jedna z najbardziej wartościowych książek, które zdarzyło mi się w życiu czytać. Nie będę Wam opowiadać o biografii autorki tej książki, Sophii Amoruso, bo zapewne Google wie więcej ode mnie i jestem pewna, że wyszukacie sobie w internecie tą postać tuż po przeczytaniu tekstu bądź natychmiast. Co chce powiedzieć, to jest to, że ta kobieta jest według mnie genialna (a mało o kim tak potrafię powiedzieć). Na swój wredny, pewny siebie, niepowtarzalny, egocentryczny sposób. Wiecie dlaczego? Bo będąc bardzo młodą, odnalazła siebie, i nigdy nie przestawała wierzyć w to, co robi, a przede wszystkim wierzyć w samą siebie. I głównie dzięki temu, osiągnęła tak ogromny sukces.

Ze mną za czasów nastolatki to było tak jakoś inaczej niż u innych. Ja nigdy w życiu nie miałam idola. Właściwie, nikt nie był moim idolem. W moim różowym pokoju za czasów, gdy byłam teenagerem, nigdy nie wisiał plakat znanego aktora, piosenkarza czy innych artystów. Nie wiedziałam kogo mam naśladować czy w kim ze znanych ludzi mam się kochać. Natomiast teraz, gdy jestem w wieku 24 lat, mogę śmiało powiedzieć, że oprócz mojej mamy, moim idolem jest Sophia Amoruso. Być może dlatego, że ta dziewczyna, a w sumie to już dojrzała kobieta, imponuje mi tym, że wszystkiego w życiu osiągnęła sama – własnymi ambicjami, własnym stylem, własnymi marzeniami, które postanowiła spełnić. To jest tak fenomenalne, że w świecie, gdzie ludzie czerpią inspirację z Instagrama, Pinteresta i innych internetów, Sophia Amoruso postanowiła być oryginalną i zrobić coś nietypowego. Od nikogo nie zgapiła pomysłu, tylko wpadła na niego sama. Zagubiona, bez pieniędzy, samotnia, postanowiła zawładnąć światem poprzez ubrania vintage, które wyszukiwała wszędzie, gdzie się da. Przerabiała je na swój „nasty sposób” i sprzedawała drożej. Mimo upadków i kryzysów, miała wystarczająco samozaparcia, by stać się po jakimś czasie światową marką, a potem tak zwanym „lifestyle’m”. Uwielbiam kobiety, które mają w sobie tyle siły, tyle kobiecej mocy, by realizować swoje cele! Którym nie przeszkadza to, że co miesiąc mają okres, i mając dwadzieścia pare lat wyglądają jak nieletnie (ja właśnie tak mam).

 

 

Jeny, jak ja bym chciała Ją poznać! Zaś póki nie jest to możliwe, właśnie przeglądam sobie stronę NastyGal i korzystam z 40% rabatu, z którego również możecie skorzystać Wy – wystarczy wejść na stronę 🙂

Koniecznie obejrzyjcie serial, o którym mówię. Jest lekki, z nutką ironii, zabawy, ale przede wszystkim szczery i prawdziwy. Sophia pokazuje swoje wady, nie boi się mówić o własnych porażkach i sukcesach. Ale co najważniejsze – inspiruje na maxa.

PS Ten post napisałam najszybciej ze wszystkich postów na tym blogu. Nie wiem, czy to wina truskawkowego Carlo Rossi, czy mojej miłości do Sophii. Ale mam nadzieję, że ta kobieta zainspiruje Was chociażby odrobinę tyle, co mnie – byście spełniały swoje marzenia, nie bały się porażki i nigdy nie przestawały wierzyć w siebie, nawet gdy nikt inny nie chce tego robić!

Oto jedna z moich ulubionych piosenek, którą akurat przewija się przez ostatni odcinek pierwszego sezonu.