Notatki w podróży #1 – Nowy Jork

Mapa w samolocie pokazuje, ze właśnie jestem gdzieś pod Grenlandią nad wodami Atlantyku, na wysokości 11302 m, a temperatura na zewnątrz sięga -40C. Przede mną jeszcze ponad 4 godziny lotu do Berlina, i kilkanaście godzin aż będę znów w domu. Mój tablet samolotowy niestety nie działa, a na czytanie książki jest już za ciemno. Dobrze, że w samolocie dają kocyk i całkiem dobre jedzenie i picie, bo w tym komfortowym stanie wreszcie mam czas by się zastanowić nad samą sobą. (Album Milky Chance „Sadnecessary” jest idealnym tłem do takich życiowych kontemplacji, więc polecam).

Za mną moja pierwsza podróż za ocean i 11 dni pobytu w Nowym Jorku. Ta podróż była dla mnie zupełnym zaskoczeniem, bo mimo, że w latach studenckich wręcz marzyłam by wyjechać do USA, a nawet brałam udział w programach typu Work & Travel, jakoś nie doszło to do skutku, a potem marzenie to nieco we mnie ucichło. Teraz natomiast mąż któregoś wiosennego dnia zapytał mnie czy polecę z Nim do Ameryki, a ja przecież nie mogłam odmówić 🙂 Akurat wizy do Stanów wyrobiliśmy już ponad rok temu, więc te tylko czekały na dogodną chwilę. Miesiąc po tym pytaniu juz pakowaliśmy walizy.

Uwielbiam podróżować, i zawsze po podróży mam jakiś taki dziwny mętlik w głowie. Czuję się taka małą drobinką na tym świecie! Tyle jest jeszcze miejsc na planecie, które wciąż pozostają nieodkryte przez człowieka, niewidziane przeze mnie. Jest to tak bardzo niesamowite, że osobiście stworzyłam sobie juz jakiś czas temu listę, gdzie co roku wpisuję miejscowości i kraje, które zostały przez nas z mężem wspólnie odwiedzone. W pewnym stopniu ta lista motywuje mnie, by nie siedzieć na tyłku w jednym miejscu, a dla mnie cały czas ogromną inspiracją są ludzie, którzy ciągle podróżują. Policzyłam, że za 24 lata swojego życia odwiedziłam łącznie 10 krajów, chociaż niektóre nawet kilkanaście razy, nie licząc państwa, gdzie się urodziłam (świetnym narzędziem to takich wyliczanek jest mobilna aplikacja „been”). Wciąż jednak uważam, że to bardzo mało, i w głowie już knuję plany o kolejnym zwiedzaniu. Życie jest krótkie, a nasza planeta jest zbyt piękna, by nie poszerzać swoich horyzontów. Dlatego szczerze rekomenduję każdemu w miarę możliwości zwiedzać świat dookoła, a przy okazji też ten wewnętrzny świat, do którego mamy dostęp tylko my sami.

Widok z Rockefeller Center, NY

***

Wiem, że dawno nic nie pisałam na blogu, ale wiecie, szczerze powiem, że ja nie chcę być nazywaną „blogerką”. Nie chcę pisać pod zamówienia, czy reklamować produkty, które w jednej chwili dostaje kilkadziesiąt blogerek w Polsce, a jeszcze więcej na świecie, przy czym w zleceniu każdy ma identyczne zadanie jeśli chodzi o publikację w social mediach. Jak już coś polecam komuś, to tylko jeśli sama używam bądź chciałabym to coś używać.

Dlatego też nie zależy mi na zasięgach, a wszystko, co robię, robię dla siebie. I nawet tego posta piszę teraz, bo najzwyczajniej mam na to ochotę. Jestem i chcę zawsze być sobą, bo tak mi jest najlepiej. Czuję się po prostu spełniona, ponieważ jestem mocno przekonana w swoich postanowieniach, celach, marzeniach, wierzeniach, w miłości bliskich mi osób. I ja to nazywam szczęściem i prawdziwą satysfakcją.

Chciałabym Wam opowiedzieć jak było w tym Nowym Jorku,  o swoich wrażeniach i co koniecznie musicie zobaczyć, będąc tam. Ślędzcie więc bloga, bo wpis już niebawem się tu pojawi.

PS Jeśli  ktokolwiek czyta tego posta, to przyznam, że jest mi niezmiernie miło tu Cię widzieć 🙂 Możesz dać o tym znać w komentarzu na dole, a żeby nie przegapić kolejnego posta, polecam się zapisać się na newsletter, który poinformuje Cię mailowo o nowym wpisie.